piątek, 29 maja 2015

18.02-05.03.2015 / południowe Peru

Co prawda Lima z jej wysokimi cenami i niezbyt szeroką gamą atrakcji nie była moim preferowaną destynacją, jednak zmuszony byłem wracać to jak bumerang po to żeby odespać nocne jazdy w autobusach. Tak właśnie po ciężkiej przeprawie z Pucallpy zatrzymałem się tu na jedną noc, by szybko ruszyć do nieodległej Marcahuasi, magicznej góry będącej nieodkrytym diamentem Peru. 




Miejsce to zostało mi polecone przez miejscowego Peruwiańczyka, który podróżował po Ameryce Południowej ze swoją dziewczyną z USA. Oddalona od Limy o zaledwie 6 godzin autobusem i 2 godziny wspinaczki Marcahuasi, była jednym z najbardziej pozytywnych niespodzianek w całej dotychczasowej podróży, już sama jazda do podnóża góry, na zboczu klifu, była przygodą samą w sobie. Nocleg na płaskowyżu położonym na wysokości 4000m n.p.m. dawał wzgląd na prawdopodobnie najczystsze niebo jakie dane było mi gdziekolwiek zobaczyć. Będąc zaledwie 4-osobową grupą, nie mogliśmy uwierzyć, że cała góra należała tylko do nas i kilku osłów pasących się w pobliżu.








Błogi spokój nie trwał jednak długo, już następnego dnia spędziłem długie godziny starając przebić się przez 12-milionowego molocha, tylko po to by kolejnego poranka wydostać się wybrzeżem w kierunku Ica – pustynnego miasta słynącego z bliskości do Huacachina – oazy skrytej wśród wydm.
Oaza ta nie przyciąga jednak nomadów na wielbłądach, a jedynie tłumy turystów chcących odhaczyć sandboarding (rozszyfrowanie nazwy pozostawiam czytelnikowi) z listy.




 


Tarzanie się w gorącym piasku to raczej jednodniowa rozrywka, dlatego następną noc spędziłem już w Arequipie, drugim co do wielkości mieście Peru. W Peru, jak to w Peru, nawet gdy miasto jest ładne to i tak jest brzydkie i stanowi jedynie bazę wypadową do prawdziwych atrakcji kraju, czyli cudów natury – w tym przypadku do kanionu Colca, najgłębszego (lub wg innych badań drugiego) kanionu świata. Zmyleni informacjami podanymi w internecie i hostelowej recepcji, czekaliśmy na nieistniejący autobus mający zabrać nas do wioski położonej na szczycie kanionu. Na kolejny, tym razem realny autobus czekaliśmy kilka godzin, także do celu dotarliśmy późnym popołudniem, zbyt późnym by schodzić w głąb kanionu. Jako, że miałem już wcześniej wykupiony transport z Arequipy do Cusco, musiałem zadowolić się jedynie 12-km biegiem wzdłuż skraju klifu. Widoki były co najmniej tak sam zabierające dech w piersiach jak samo położenie na wysokości 3800m n.p.m. Po porannym biegu musiałem wrócić na południe tą samą, 6-godzinną trasą do Arequipy, by (z małymi problemami, gdyż hostel zgubił mój bilet i musiałem płacić za ponowne jego wydanie) stamtąd wskoczyć do autobusu jadącego na północ do Cusco. 12 a może 16 godzin, wszystko powyżej 8 godzin jazdy odczuwa się tak samo.





Cusco, mimo że głównie traktowane jako miejsce wypadowe do największej atrakcji Ameryki Południowej – Machu Picchu, jest również zdecydowanie najładniejszym miastem Peru, na tyle ładnym, że zdecydowałem się spędzić w nim kilka nocy przed wyruszeniem na świętą górę Inków. Jako, że Cusco jest centrum turystycznym Peru, nie miałem problemu ze skompletowaniem chętnych na zdobycie starożytnego miasta szlakiem Salkantay, tym samym którym szli młodzi Inkowie w ramach inicjacji w dorosłe życie. Choć na każdym kroku byliśmy zarzucani ofertami zorganizowanych wycieczek (250$) jako punkt honoru (i budżetu) obraliśmy zrobienie 5-dniowego szlaku z jedzeniem i nieodzownym sprzętem na własnych plecach. 


Salkantay uważany jest za jeden z najpiękniejszych szlaków trekingowych świata i wiedzie przez 3 całkowicie odmienne strefy – cloud forest (wilgotny las, jak z Indiana Jones), lodowiec i dżunglę, co czyni go niesamowicie pięknym, ale również fizycznie wymagającym. W dobrym towarzystwie jednak, nawet 7-8h marszu w deszczu, mroźnym wietrze czy palącym słońcu nie załamywał ducha wyprawy i po 5 dniach dotarliśmy do Świętego Graala większości odwiedzających Amerykę Południową – Machu Picchu, a dokładnie Machu Picchu town (dawniej Aguas Calientes), bo do samych ruin wiądą tysiące kamiennych schodów (lub 2 schodki autobusowe minus 15 zielonych dolarów) na których pierwsze kroki stawialiśmy o 4 rano następnego dnia. Na szczęście nasze poświęcenie zadowoliło miejscowych bogów, bo przez większość dnia mieliśmy idealną pogodę na wielogodzinne zwiedzanie imponujących ruin i podziwianie jeszcze bardziej imponującego widoku zawieszonych w chmurach gór otaczających starożytne miasto.



Machu Picchu było moim ostatnim punktem na mapie Peru, dlatego po jednodniowym odpoczynku w Cusco wsiadłem w najtańszy autobus jadący do granicy z Boliwią. Wiele razy byłem ostrzegany przed używaniem tanich środków transportu w Peru, ogólnie miała panować tu zasada, że im tańszy autobus tym większa szansa, że zostanie się obrabowanym czy to przez zbrojną bojówkę czy starszą babuszkę w kapeluszu sprzedającą orzechy. Miałem to szczęście, że byłem jedną z niewielu znanych mi osób, które nie straciły niczego w kilkumiesięcznej podróży w tym regionie i cieszyłem się, że uda mi się bez strat opuścić Peru, uważany za najbardziej „złodziejski” kraj. Cieszyłem się jednak zbyt wcześnie, wysiadając z nocnego autobusu zaraz przed granicą z Boliwią, wraz z 6 innymi gringos zorientowaliśmy się, ze nasze plecaki zostały oczyszczone z wszelkich wartościowych przedmiotów. Aparaty, telefony, tablety, dokumenty, gotówka, mimo że siedzieliśmy razem w grupie, trzymaliśmy plecaki między nogami albo za siedzeniem, złodziejom udało się do nich dostać, wyciągnąć co chcieli i odłożyć plecaki na miejsce, tak że nikt z grupy się nie zorientował zanim nie opuściliśmy autokaru. Zostawia to nam dwie opcje: albo złodzieje wykorzystali dzieci lub maleńkich ludzi by wczołgali się niezauważenie pod siedzenia, lub co bardziej prawdopodobne - użyto gazu usypiającego, popularnej tutaj metody radzenia sobie z turystami.

Gdy zgłosiliśmy się na komisariacie, czekała tam już grupa poszkodowanych z innego autokaru tej samej firmy. Mimo, że autobusy miały zainstalowane kamery, przewoźnik nie chciał współpracować, co tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że firma ta jest zwykłą maszynką do dojenia turystów. Mógłbym mówić o szczęściu w nieszczęściu, ponieważ z plecaka ze sprzętem wartym kilkanaście tysięcy złotych ukradziono jedynie czytnik e-booków i laptop specjalnie kupiony na podróż (z tego właśnie powodu nie mam zdjęć z niektórych etapów podróży). Najwyraźniej złodzieje nie zorientowali się, że plecak miał dwie przegrody, gdyby dostali się do tej z dokumentami i sprzętem foto – nawet nie chcę myśleć...

Wcześniej biorąc pod uwagę możliwość takie zajścia, myślałem że lepiej zniósłbym sytuację. Niestety setki godzin spędzonych na medytacji, lekcjach akceptacji i nieprzywiązywania się do rzeczy materialnych nie pomogły – przez kolejne dwa dni chodziłem wściekły, głowę miałem pełną samopowtarzających się myśli, przechodziłem przez sytuację setki razy, myśląc jak mógłbym zdarzenia uniknąć, jak ukarałbym sprawców mojego nieszczęścia i ile godzin zajmie mi odpracowanie strat na Polskiej minimalnej pensji. To wszystko na tyle zajmowało moją głowę, że nie zostawiłem sobie miejsca na docenienie jednego z najpiękniejszych miejsc Ameryki – jeziora Tititaka...

środa, 29 kwietnia 2015

04.02-17.02.2014 / Pucallpa, Peru

Z 12-milionowej dżungli miejskiej postanowiłem wyrwać się do tej prawdziwej – z pająkami, wężami i małpami wiszącymi na lianach. Na dobrą sprawę, w Amazonii czekał na mnie prawdziwy cel mojej wyprawy do Ameryki Południowej, cel ten udało mi się zrealizować a całość opisałem na oddzielnej stronie TUTAJ.



Aby jednak dotrzeć do zielonych płuc Ziemi, musiałem zmierzyć się z peruwiańskością lokalnego systemu transportu. Z braku możliwości rezerwacji miejsc online na daną trasę, dla bezpieczeństwa w kasie biletowej stawiłem się 4h przed planowanym odjazdem, tylko po to by być spławionym krótkim „no hay” - nie ma. Lima nie posiada jednego, głównego dworca autobusowego, jedynie długą ulicę na której znajdują się mini-dworce poszczególnych przewoźników, dlatego kolejną godzinę krążyłem z 25kg plecakiem w nadziei, że uda mi się znaleźć jakikolwiek transport, chociażby z przesiadkami. Bez skutku, dlatego zakupiłem bilet na następny dzień i spędziłem kolejną godzinę szukając miejsca do spania gdzieś w pobliżu, przedzieranie się z powrotem do hostelu w centrum nie wchodziło w grę. Mimo cennika wskazującego 25 soli za pokój, naliczony został na mnie gringo tax, zwany inaczej podatkiem od bycia białym frajerem, byłem jednak zbyt zmęczony by kłócić się lub szukać innego miejsca, dlatego zgodziłem się na 35 soli za wilgotną klitkę bez okna.

wieczorny gość przy chatce


co raz mniej i mniej...




Następnego dnia, w autobusie dostałem pełen zestaw Małego Podróżnika po Peru. Składa się na niego: wielogodzinny maraton zdubbingowanego na hiszpański Chucka Norrisa, zepsute światełko do czytania, zepsuty i kapiący otwór do wentylacji dmuchający zimne powietrze prosto w twarz, obok głowy głośnik z natężeniem częstotliwości pisku wprost proporcjonalnie wzrastającym do obrotów silnika, czyli im szybciej jechaliśmy, tym głośniejszy i wyższy pisk. Jak w ogóle można zepsuć głośnik w tak okrutny sposób? Mam nadzieję, że pani w okienku wskazująca bym kupił to konkretne miejsce miała ubaw. Dla dopełnienia, już losowo, dostałem chrapiącą babcie w siedzeniu obok, kopiące dziecko z tyłu, wymiotującego niemowlaka dwa siedzenia dalej, pana puszczającego muzykę z telefonu wystarczająco blisko by nie móc spać, i po drugiej stronie przejścia - matkę niepozwalającą mi patrzeć na biust jej młodej córki. Czyli najgorzej.





Przebicie się przez wszystkie 3 strefy, czyli z pustyni, przez góry, do selvy – dżungli, z powodu obsunięcia ziemi zajęło 24, zamiast planowanych 18 godzin. Normalnie zaakceptowałbym takie warunki jako część przygody w mniej rozwiniętym gospodarczo (czytaj: dzikim) kraju, ale w takim wypadku oczekiwałbym adekwatnej ceny. Tutaj jednak, w zeszłym roku mafia autobusowa bez żadnego powodu podniosła ceny o 50-70%, nie dając ludziom żadnej alternatywy jak zapłacić 100-150zł za kilkunastogodzinną trasę.




Po dotarciu do Pucallpy – dużego, okrutnie gorącego i dusznego miasta, skontaktowałem się z rodziną, z którą miałem zamieszkać w osadzie amazońskiego plemienia Shipibo (jeszcze raz, pobyt opisany TUTAJ).
Choć sama Pucallpa jest jedynie bramą wjazdową do dżungli, już tutaj można poczuć się jak w zoo. Leniwce wiszą na drzewach i zdają się nie irytować faktem, że miejscowi zbierają je jak gruszki by pokazać turystom. Do tego dziesiątki egzotycznych, rajskich ptaków, sowy, motyle, węże, słodkowodne delfiny, piranie – wszystko to można zobaczyć zaledwie kilka kilometrów od 200-tyś miasta. Mając w planach odwiedzenie głębszych rejonów Amazonii w innych regionach Peru i Boliwii, tutaj zadowoliłem się jedynie kilkugodzinną przeprawą łodzią, po której złapałem autobus powrotny do Limy. +5h z powodu zablokowania trasy przez zderzenie tirów na wąskiej, górskiej trasie...

piątek, 6 marca 2015

31.01-03.02.2015 / Lima, Peru

Z POWODOW KTORE WYTLUMACZE POZNIEJ - ZDJEC BRAK

Kosztujący 140 peruwiańskich soli (170 zł) autokar gładko sunął po słynnej panamerykańskiej autostradzie wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, przynosząc mi więcej snu niż ostatnie 3 noce w Mankorze. Po rozpakowaniu się w hostelu położonym w reprezentatywnej dzielnicy zwanej Miralfores, poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. To co zobaczyliśmy w żaden sposób nie zgadzało się z naszym wyobrażeniem o Limie, gdybym miał zgadywać powiedziałbym, że znajdujemy się centrum Miami. Palmy, fontanny, krótko przystrzyżone trawniki, 5-gwiazdkowe hotele, czyste ulice pełne butików ekskluzywnych marek i dobrze ubranych ludzi. Niestety, dzielnica stara się dogonić Florydę również cenowo, większość produktów kosztuje dwa razy więcej niż oficjalna wartość, wystarczyło jednak odjechać kilka przystanków autobusowych by zaznać prawdziwego oblicza miasta. Pozbawione opieki ogrodników trawniki zmieniły się w martwe piaskownice pełne śmieci i gruzów, butiki w pokryte blachą lepianki, a ulice wypełniły się ludźmi w obdartych szmatach. Większość populacji Peru żyje poniżej poziomu ubóstwa, miliony każdego dnia walczą o przetrwanie starając się sprzedawać pojedyncze papierosy, batoniki, lody wodne, używane zegarki czy cokolwiek przynoszące sol czy dwa. Czyszczenie butów na ulicy wydaje się ścieżką obraną przez tysiące mężczyzn od 5 do 80 roku życia, co dziwne jednak, nikt nie żebrze jak ma to miejsce w Indiach, z którymi jednak Peru ma kilka innych cech wspólnych (wszechobecne tuk-tuki, tłok, hałas, nieznośny opał i suchota). Mimo, że prosty zestaw obiadowy poza centrum kosztuje zaledwie 4 sole (5 zł) nadal ciężko jest sobie wyobrazić jak można uzbierać taką kwotę mając 5-groszową marżę na sprzedaży gum do żucia.


Poza wszechobecnym pieczonym kurczakiem z ryżem, Lima słynie z ceviche – surowej, jasnej ryby lub owoców morza zalewanych sokiem z limonek, w którym potrwa niejako gotuje się, nadając wyjątkowo delikatnego, niepowtarzalnego smaku. Składniki muszą być tak świeże, że ceviche serwowane jest jedynie do pory lunchu, dlatego często zdarzało się nam odwiedzać 5 lub więcej restauracji w celu odnalezienia jakiejkolwiek, która nadal miałaby ten delikates.


Jedna z moich wypraw wewnątrz miasta obejmowała misję zakupienia telefonu, moj poprzedni mimo wodoodporności nie wytrzymał próby kontaktu z oceanem. Miesięczny brak natychmiastowego dostępu do internetu dał mi przyjemną wolność, jednak bez zegarka, alarmu, słownika, map i kilku innych użytecznych funkcji smartfona podróżowanie stawało się bardziej uciążliwe. Ceny elektroniki w Ameryce Południowej są mniej więcej o połowę droższe niż w Europie, dlatego na zakupy udałem się na czarny rynek zwany Las Malvines, gigantyczny market na którym sprzedaje się dosłownie wszystko, włączając dziesiątki tysięcy telefonów, tych używanych jak i “używanych”.


Odzyskawszy mobilność i siły nadszarpnięte przez “plażowy styl życia” zdecydowałem się rozpocząć prawdopodobnie najbardziej wyczekiwany etap mojej podróży – wyprawę do Amazonii. Peru dzieli się na 3 pasy położone w osi północ-południe, la costa – suche i gorące wybrzeże, la sierra – góry, i wreszcie mój cel – la selva, czyli dżungla.

środa, 25 lutego 2015

23-30.01.2015 / Mancora, Peru

Mimo, że każdy wschód równikowego słońca, dzień za dniem ściągał skórę z mojego nosa, wiedziałem, że nieuchronnie wyląduję znów na gorących plażach Pacyfiku. Tym razem będzie to Mancora – peruwiańska wersja Montanity lub naszego Mielna, czyli surfowanie przeplecione ciężkim imprezowaniem. Po 3 dniach spędzonych w olbrzymim hostelu, który na dobrą sprawę był klubem z miejscami noclegowymi, zacząłem rozmawiać z managerem na temat pracy w barze – miejsce wydawało mi się idealne na spędzenie kilku tygodni bez wydawania pieniędzy i odpoczęcia od ciągłego przemieszczania się. 




Nic bardziej mylnego, dwie kolejne noce dały mi wyraźnie do zrozumienia, że muszę jak najszybciej uciekać z tego niebezpiecznego miejsca. Brak możliwości prawdziwego wyspania się w połączeniu z porannymi “happy hours” na barze i zatruciem pokarmowym zamieniło mnie w leżące w hamaku zombie. Zbyt słaby na 20-godzinną przeprawę autobusem do Limy, dwa kolejne dni spędziłem desperacko lecz bezskutecznie walcząc o odrobinę snu. Mimo, że chciałem zwiedzić więcej z północy kraju, ostatecznie wraz z Frankiem zdecydowaliśmy udać się bezpośrednio na południe do 8,5-milionowej stolicy Peru. 

wtorek, 17 lutego 2015

28.12.2014-22.01.2015 / Ekwador


Trasa Cali - Quitos była prawdopodobnie najbardziej męcząca z jakich przebyłem w Ameryca Południowej. 20 godzin wśród górskich serpentyn spędziłem na walce o utrzymanie się w moim pojedyńczym siedzeniu, zdaje się że kierowca szykował się do rajdu Paryż - Dakar w kategorii: busiki. Po spłaceniu deficytu snu ruszyłem z nowo poznanym Brazylijczykiem Diego na zwiedzanie miasta w poprzez "free tour", czyli coraz bardziej popularne, darmowe (teoretycznie, wypada zostawić napiwek, jeżeli nie chce się wyjść na sknerę. Muszę pamiętać, że często jestem pierwszym Polakiem jakiego ludzie tutaj spotykają, także dźwigam na sobie reputację całego narodu), grupowe oprowadzanie przez lokalnego przewodnika - amatora.  Świetna okazja do poznania nowych ludzi, odwiedzenia mniej obleganych miejscówek i usłyszenia kilku ciekawostek w lekkiej, przystępnej formie. I przy okazji okazja do wsparcia młodych, przedsiębiorczych ludzi, którzy prawdopodobnie zarabiają na tym więcej niż licencjonowani przewodnicy.









Quitos zaskacza swoim spokojem, mniej samochodów, mniej ludzi, mniej krzyków, możnaby nawet powiedzieć, że ponuro. Prawie jak nie Ameryka Południowa. Może to znów z powodu dość zimnego klimatu i położenia w górach (2600m n.p.m.). Zegar odmierzający czas do Nowego Roku tykał coraz głośniej, więc już następnego dnia wskoczyłem w autobus jadący do stolicy sportów ekstremalnych Ekwadoru i Ameryki - Baños.


Banos wraz z ich dymiącym wulkanem




cuy, czyli pieczony gryzoń

Po dotarciu do tego pięknego miasteczka położonego u podnóża aktywnego wulkanu, zdecydowałem się by uczcić ostatni dzień roku poprzez whitewater rafting, czyli spływ w pontonie w rwącej, górskiej rzece. Wydawało mi się to najbardziej ekstremalne z dostępnych atrakcji, bungee jumping, lotnie, zjeżdżanie na linie po wodospadzie czy przez kanion to bezpieczna opcja ze sztuczną adrenaliną. I nie myliłem się, po dojechaniu nad rzekę, patrząc na nurt i olbrzymie fale rozbijające się o skały, rzeczywiście można było zobaczyć, że ryzyko jest realne. Przewodnik rozdał kapoki i kaski, po czym zrobił krótkie szkolenie po hiszpańsku, zostawiając 3 z 7 osób nierozumiejących tego języka na łaskę mojego marnego tłumaczenia. Pierwszy odcinek był dość łatwym wprowadzeniem do trwającego mniej więcej godzinę spływu. Po 10 minutach nurt zaczął być na tyle silny, że nasza załoga zaczęła mieć problemy z kontrolowaniem pontonu i omijaniem skał. W pewnym momencie w pełnym pędzie uderzyliśmy o jedną z nich i zostaliśmy wyrzuceni do wody. Kątem oka widziałem 4 osoby zabrane przez nurt, 2 kolejne były uwięzione pod przewróconym pontonem, na który wdrapywał się już przewodnik. Sam będąc wciągany przez wir i walcząc o utrzymanie się na powierzchni nie byłem w stanie pomóc mu w odwracaniu łodzi, nie wspominając o tym, że szkolenie nie omawiało zachowania w podobnej sytuacji. Nurt zaczął rzucać mnie na skały, o ile korpus i głowa były chronione, kolana i łokcie boleśnie uderzały o liczne skały.



Czułem uderzającą adrenalinę i zbliżającą się panikę, co chwile wciągany pod powierzchnię, ciśnienie wpychało mi wodę do ust. Kawałek dalej widziałem 15-letnią dziewczynę z mojego pontonu, impet uderzenia zerwał jej kask. Starałem się do niej podpłynąć, jednak wiedziałem, że walka z żywiołem jest bezcelowa. W naszej grupie były jeszcze 4 inne załogi i one były naszą jedyną szansą na wydostanie się z wody. Kilkadziesiąt metrów ode mnie zobaczyłem jedną z nich, przewodnik krzyczał coś jak oszalały. Udało się im zbliżyć na zasięg liny ratowniczej, po chwili byłem już w pontonie, tak samo jak dziewczyna złapana przez załogę obok. Była cała, ale słyszałem jej płacz, że zaginęła jej mama. Nadal nie wiedziałem, co stało się z uwięzionymi pod naszym pontonem. Na szczęście dotarliśmy do odcinka ze spokojniejszym nurtem i zacumowaliśmy przy brzegu. Wszystkie 4 osoby były już wyłowione, po chwili dopłynął przewodnik z pozostałą dwójką, nikomu nie stało się nic poważnego, jedynie obicia. Przewodnicy patrzyli po sobie kiwając głowami, mówią, że rzadko zdarza się, żeby cała ekipa była wyrzucona na raz. Gdy wiem, że zagrożenie minęło czuję się niesamowicie, zaczynam się śmiać, 4 osoby nie podzielają jednak mojego entuzjazmu, odmawiają dalszego płynięcia. Resztę spływu robimy w pomniejszonej załodze, co akurat pozytywnie wpłynęło na sterowność. Po zakończeniu trasy skoczyłem jeszcze na bungee, chcąc utrzymać poziom adrenaliny na całą sylwestrową noc. Nowy rok obchodzony jest w Banos w specjalny sposób, mianowicie mieszkańcy zakładają stroje jak na Halloween i palą kukły zrobione z papieru i patyków. Chcą w ten sposób pozbyć się wszystkich złych rzeczy z ostatnich 12 miesięcy. Kukły często mają podobiznę diabła lub obecnego prezydenta.

Quilotoa






Po kolejnych kilku spokojnych dniach w Baños, wraz z Katherine, nowo poznaną Niemką pojechaliśmy zrobić 3-dniowe zejście z położonego na wysokości blisko 4000m n.p.m. jeziora uwięzionego w kraterze wulkanicznym. Z jakiegoś powodu trasa ta nie jest bardzo znana w Ekwadorze, co było dla mnie zaskoczeniem, gdyż jest to unikatowe i niesamowicie magiczne miejsce. Dopiero ostatniego dnia spotkaliśmy jakichkolwiek turystów, trasa jest bardzo słabo oznaczona i większość czasu trzeba polegać na instrukcjach napotykanych po drodze farmerów. Ich wskazówki sa najczęściej bardzo sprzeczne, pytając czas dotarcia do konkretnego miejsca dostajemy odpowiedzi między 30 minut a 2,5 godziny i dwa przeciwstawne kierunki. W tej kwestii Ameryka Południowa jest dokładnie taka sama jak Azja - lokalni nie chcą, lub nie potrafią wskazać właściwej trasy. Spalony od wysokogórskiego słońca i przemrożony od lodowatego powietrza zapragnąłem powrotu na niziny, miałem już nawet obrany cel - Canoa na wybrzeżu pacyfiku, gdzie czekała na mnie grupa amerykańskich gringos poznanych przelotnie w Cali.









Po 12 godzinach w na przemian zbyt gorącym/zbyt mroźnym autobusie wysiadłem w tej małej miejscowości i po raz pierwszy w życiu miałem okazję podziwiać Pacyfik ze strony ameryk. Okazało się, że hotel w którym miałem dołączyć do ekipy znajdował się 2 kilometry od samej Canoa, co oznaczało, że mamy całą długość plaży i fal do surfowania tylko dla siebie. Właściciel hotelu to Zach, olbrzymi Kanadyjczyk dzielący rok zajmując się biznesem tutaj, a restauracją w kurorcie górskim. Zabrał mnie on pewnego razu na przejażdżkę swoim starym, zjedzonym słonym powietrzem jeep'em. Jechaliśmy wzdłuż pustej plaży, Zach w koszuli w palemki i różowych okularach, fale krabów uciekają przed pędzącym pojazdem, oceaniczna bryza wieje nam w twarze. Nic nie mówimy, takie momenty nie wymagają  słów. W tym miejscu zrozumiałem czym naprawdę jest plażowy styl życia. Wczesna pobudka, bieganie i trochę ćwiczeń na plaży z co bardziej aktywną częścią grupy. Wspólne śniadanie, pyszna kolumbijska kawa i 30 minut surfowania (nie takiego prawdziwego z staniem na desce i załamującą się falą, takie rzeczy są tylko w filmach), relaks w hamaku, lekki lunch. Jakiś spacer, pierwsze piwa czy szklaneczka rumu przed kolejną sesją surfowania przy zachodzie słońca. Wspólnie przygotowany obiad/kolacja i powolne odkręcanie kurka z piwem/rumem. Wieczorna atrakcja - tańce, ognisko, walka kogutów, wszystko dzielone ze wspaniałymi ludźmi. Każda noc przynosi coś nowego. Zapętlamy. Po tygodniu zaczynam czuć wyrzuty sumienia, że to zbyt wiele. Pakuję się i żegnam. Ogarnia mnie smutek, wracam do pokoju, zostanę jeszcze trochę. I  tak przez 3 kolejne dni. W końcu wszyscy razem decydujemy się pojechać na południe wzdłuż wybrzeża do Montanity, najbardziej znanego miejsca na wybrzeżu Pacyfiku.



ekipa remontowa

Zach...

...i jego Toyota



Tutaj wszystko kręci się wokół surfowania i imprez, plaża pokryta jest tysiącami spalonych słońcem ciał, horyzont oceanu wprawionymi surferami. Imprezy trwają do wschodu słońca, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku. Nikt tu nie odpuszcza. Po spokojnej Canoa 3 dni w tym miejscu trochę nas przytłaczały, również cenowo. Poza tym  reszta ma wykupione bilety na należące do Ekwadoru Galapagos, ja odpuściłem, bo to co najmniej 1500-2000 złotych. Pewnie będę tego kiedyś żałował, ale w tamtym momencie skąpstwo wzięło  górę. Czułem, że mój czas w państwie równika dobiega końca, najbliższym przystankiem byłby kolejny kurort na wybrzeżu, tym razem już w Peru. W hostelu do którego przeniosłem się po rozłączeniu z amerykańską grupą, z 50 osób nikt nie mówił po angielsku, dobra okazja do ćwiczenia języka, średnia do znalezienia kogoś do wspólnego podróżowania. W pewnym momencie wprowadziła się nowa osoba - 190cm, blond włosy, piegi - wiedziałem, że to ktoś swój. Frank był 43-letnim Duńczykiem, chociaż dawałem mu 30 lat. Lubił imprezować, miał agencję organizującą eventy w Bułgarii, do tego zajmował się akupunkturą i wszystkim co teraz modnie napływa ze wschodu. Razem zdecydowaliśmy się odpocząć od palącego słońca wybrzeża i odbić wgłąb kraju do chłodniejszego klimatu. Spędziliśmy dwa dni w Cuenca, podobno mieście numer 1 jako destynacji dla emerytów. Ładnie, spokojnie, chłodno, pewnie mają racje. Na kolejny dzień kierując się już w stronę Peru zatrzymaliśmy się w górsko położonej Vilcabamba, okolicy słynącej z długowieczności ich mieszkańców. Amerykanie gdy podłapali temat wykupili wszystkie działki w okolicy i stworzyli jeden wielki dom starości z medytacją i jogą. Ekwadorczycy tylko zacierają ręce, gringos estupidos.


beach life






Po Kolumbii nie miałem zbyt dużych oczekiwań odnośnie Ekwadoru, nadal miało być drogo, biednie kulturowo, jedzenie mdłe, kobiety niezbyt urodziwe, ludzie ponurzy. Ja jednak nie mógłbym wyobrazić sobie lepiej spędzonego czasu, natura i różnorodność tego kraju absolutnie zachwyca, nigdzie indziej nie spotkałem tak czystych, szerokich plaż i tak wysokich fal, mimo że pominąłem największą atrakcję kraju - Galapagos. Spotkałem do tego wspaniałych ludzi z którymi mogłem dzielić to doświadczenie i którym jestem za to niezwykle wdzięczny.






ceny (oficjalną walutą Ekwadoru jest dolar amerykański, niestety w czasie mojego pobytu skoczył z 3,2 do 3,75zł):
litr benzyny: 1$
godzinna jazda autobusem: 1$
empanada: 0,5 - 1$
prosty zestaw obiadowy: 3-4$
butelka wody 0,5l: 1$
piwo 0,6l: 1,5$
rum 0,25l: 2$ (!)
noc w hostelu: 7-15$